Dziennikarze na demokratycznym froncie

Kolejna dziennikarska demonstracja w Kijowie pokazała, że pracownicy mediów stają się najbardziej aktywną grupą walczącą o swoje prawa, a także prawa zwykłych Ukraińców. Czy na Ukrainie nie ma opozycji? Czy na Ukrainie nie ma organizacji pozarządowych?

Demonstracja odbyła się w związku z pobiciem w minioną sobotę dwojga dziennikarzy przez dresiarzy zatrudnionych według wszelkich poszlak przez Partię Regionów. Milicja patrzyła na to obojętnie, tak jak na całą bójkę, która wybuchła między „antyfaszystowskimi”, „sportowymi” bojówkarzami a nacjonalistami ze Swobody. Fotograf Wład Sodel, z którym rozmawiałem po incydencie podkreślał, że najbardziej poraziła go właśnie obojętność funkcjonariuszy. Ucierpieli bowiem nie tylko on i jego żona, ale kilkanaście innych osób, które były wśród opozycjonistów.

Dziennikarze postanowili zatem działać. Zaczęli od pikiety przed siedzibą MSW.

Potem protestowali w czasie posiedzenia rządu. Stanęli plecami do premiera z tabliczkami, na których było napisane „Dziś dziennikarka, jutro państwa żona, siostra, córka. Działajcie!”. Mykoła Azarow zareagował natychmiast, kazał opuścić im salę oraz pozbawić akredytacji przy Radzie Ministrów. Chyba nie na taką reakcję liczyli dziennikarze. Dlatego na drugi dzień zorganizowali kolejną pikietęp rzed siedzibą rządu. Z tymi samymi żądaniami. Tym razem premier zaprosił ich do siebie i zapewnił, że nikomu akredytacji zabierać nie będzie, a cała sprawa zostanie wyjaśniona.

Pojawia się jednak pytanie dlaczego to dziennikarze muszą walczyć o swoje prawa, a nie ich przedstawiciele ze związku zawodowego. OK, to jest jeszcze w miarę zrozumiałe.

Jak powiedział mi Mustafa Najem z portalu „Ukraińska Prawda” na Ukrainie nigdy praw dziennikarzy nie bronili politycy. Teraz nie robi tego „demokratyczna” opozycja, a poprzednio, na przykład za czasów premierostwa Julii Tymoszenko, gdy wprowadzała ona „czarne listy” dziennikarzy, którzy nie mieli dostępu na posiedzenia rządu, nie reagowała Partia Regionów. Mustafa Najem powiedział mi też, że jest ogromna przerwa pokoleniowa między dziennikarzami, którzy mają około 30, a politykami, którzy mają około i ponad 60 lat, którzy całe dorosłe życie przeżyli w ZSRR (i właściwie nadal myślą tamtymi schmatami)  i którzy po prostu nie wiedzą, po co są ci dziennikarze i po co im jeszcze jakieś prawa. Z kolei organizacje pozarządowe są zbyt słabe żeby głośno mówić na jakiś temat. – W tej sytuacji, ja nie widzę w tym nic złego, że dziennikarz głośno wypowiada swoje poglądy – podkreśla.

Dlatego też to właśnie dziennikarze urządzają protesty w czasie konferencji Wiktora Janukowycza i dlatego to oni protestują de facto przeciwko korupcji żądając, aby szef państwa pokazał wreszcie swoją rezydencję.

Bohdan Kutiepow z portalu „Telekrytyka” opowiada mi, że po pierwsze, władze coraz częściej przeszkadzają w działalności mediów, przekraczając granicę między polityką a kryminałem, dlatego dziennikarze przekraczają granicę między działalnością w mediach a działalnością społeczną. Po drugie, mimo że widzą oni wiele problemów społecznych, nie mogą o nich informować ponieważ media są kontrolowane przez oligarchów, którym nie zależy na ich nagłaśnianiu. Dlatego robią to sami pracownicy mediów, ale nie na antenie, czy ekranach monitorów, a w czasie pikiet i demonstracji.

A co w takim razie z organizacjami pozarządowymi? – One mają autorytet tylko wśród tej grupki ludzi, która chce ich słyszeć, a nie mają żadnego autorytetu wśród tych ludzi, których działania mają kontrolować – odpowiada Bohdan Kutiepow. Dziennikarze mają bliższy dostęp do ciała, czy też ciał, i mogą zwrócić uwagę bezpośrednio na jakiś problem.

Wszystko to świadczy o tym, że na Ukrainie wszystko zmienia się bardzo bardzo powoli i nadal dziennikarze pozostają najbardziej aktywną grupą społeczną… Ci którzy kiedyś działali w organizacjach pozarządowych zajęli ciepłe fotele w Radzie Najwyższej bądź w rządzie.